Nasze wielkie francuskie wakacje

Bycie rodzicem dziecka w spektrum autyzmu to ciągłe zgadywanie, jak się ono odnajdzie w sytuacji, która jest dla niego nowa, nietypowa i w której będzie musiało ono wyjść ze swojej strefy komfortu.

Po bardzo skromnych wakacjach podczas pandemii marzył mi się jakiś wyjazd, który zostałby w naszych sercach na długo, który by nas wszystkich w jakiś sposób zachwycił i rozpieścił. Bardzo chciałam doświadczyć czegoś nowego i żeby było to coś wyjątkowego. Tego lata mieliśmy świętować naszą dwudziestą rocznicę ślubu i marzyłam, o jakimś wyjątkowym miejscu. Jednocześnie miałam świadomość tego, że Stefka autyzm czasami stawia przed nim i nami przeszkody nie do pokonania.

Pomysł rodzinnego wyjazdu

Wyszukiwarka i przypadkowo przeczytane wspomnienia Agi z @podrozelewastrona zaprowadziły mnie wirtualnie do Chamonix we Francuskich Alpach. Zdjęć, które raz zobaczyłam ani moje serce, ani mój mózg nie potrafiły odzobaczyć

Do tego pomysłu nie trzeba było jakoś specjalnie przekonywać moich bliskich. Nawet Stefek, który poprzedniego roku zachwycił się płynięciem promem przez kanał La Manche, ucieszył się na kolejną przeprawę. Dodatkową przynętą był pociąg w Chamonix, który kursuje do okolicznych miejscowości. Ze względu na to, że stanowczo odmawiał lotu samolotem, wyprawa samochodem była naszą jedyną opcją.

Droga do Chamonix

Mieszkając na północy Anglii, mamy spory kawałek drogi do pokonania, żeby dotrzeć do portu Dover. Podróż, żeby nie przeciążyć chłopaków, rozłożyliśmy na dwa dni. Nie obyło się bez stresu, bo corocznie port przeżywa oblężenie, kiedy dzieci rozpoczynają wakacje. Na szczęście udało się ominąć korki i dzień spędziliśmy, podziwiając z okna francuskie pejzaże i zatrzymując się w kilku miasteczkach. Wisienką na torcie okazał się nocleg w mieszkaniu jak „w starym kinie”. 

Kolejny dzień w drodze to ciągle zmieniające się krajobrazy, jazda coraz bardziej pod górkę, otarcie się o Szwajcarię, postoje na parkingach z niesamowitymi widokami, rejestracje samochodowe z całej Europy… Aż w końcu dojechaliśmy do Les Bossons, naszego punktu docelowego i kempingu Les 2 Glaciers, na którym wynajęliśmy na tydzień skromny domek.

Plan A i plan B

Następnego dnia wystawiliśmy Stefka na próbę generalną. Jechaliśmy do Chamonix z planem A, który zakładał, że wykupimy karnet na jeżdżenie wyciągami i gondolami i planem B, że jeśli Stefek będzie się bał, to będziemy robić to, czego się nie będzie bał. Próba generalna odbyła się na wyciągu krzesełkowym powyżej naszego kempingu, Glacier des Bossons chair lift. Stefek po sekundzie wahania usiadł na ławeczce i poszybowaliśmy w górę. Jak tylko wyjechaliśmy na górkę, chciał zjeżdżać w dół. Wiedzieliśmy już, że możemy kupić mulitpass, ale poszliśmy obejrzeć lodowiec des Bossons z restauracji, do której szliśmy około godziny. Z obiecanych chłopakom lodów musieliśmy się tłumaczyć, bo w restauracji mogliśmy płacić tylko gotówką, której nie wzięliśmy…

Następnego dnia kupiliśmy multipass, który dawał nam możliwość nieograniczonego korzystania z gondoli i wyciągów w dolinie Chamonix. Oprócz tego mieliśmy tygodniowy bilet na korzystanie z pociągu, ponieważ Chamonix to mała miejscowość i wszyscy, którzy wykupują tam i w okolicy nocleg na minimum 7 dni dostają taki bilet za darmo. My dostaliśmy nasz przy meldowaniu się na kempingu.

Dolina Chamonix

Dolina Chamonix reklamuje się jako wielki plac zabaw pod gołym niebem. Trudno się z tym nie zgodzić. W ciągu naszego tygodnia jeździliśmy różnymi gondolami, chodziliśmy po śniegu, kąpaliśmy się w ciepłym jeziorze, biegaliśmy ukwieconymi łąkami, zjeżdżaliśmy na letnim torze saneczkowym, weszliśmy w głąb lodowca, jechaliśmy kolejką wąskotorową, zjedliśmy po kilka lodów, zostaliśmy obszczekani przez psy pasterskie, słuchaliśmy koncertu na żywo i przeszliśmy wiele kilometrów. Nawet zdążyliśmy sobie wyrobić kilka miłych rytuałów: każdy dzień zaczynaliśmy wyjechaniem i zjechaniem wyciągiem krzesełkowym nad naszym kempingiem, na prośbę Stefka. Każdego dnia korzystaliśmy z pociągu i kończyliśmy nasze dnie kąpielą w jeziorze Lac de Passy, co z kolei bardzo podobało się Antkowi.

Widząc, jak dobrze Stefek sobie radził z wszelkimi wyzwaniami, zaryzykowaliśmy i pojechaliśmy (trzeba robić rezerwację, pomimo posiadanego multipassu) na Aiguille du Midi. Wjeżdża się tam na 2 etapy. Pierwsza stacja kolejki jest na wysokości 2309 m n.p.m., a druga na 3778 m n.p.m. Wagoniki są duże i mieszczą podobno 100 osób. Stefek poradził sobie ze ściśniętym tłumem chyba nawet lepiej niż ja, pomimo tego, że zazwyczaj go to stresuje. Na szczycie jest jeszcze możliwość wjechania na iglicę, ale trzeba było stać w kolejce i tę atrakcję sobie odpuściliśmy. Przyznaję, że w dół jechałam z zamkniętymi oczyma, podczas gdy moje starsze dziecko siedziało na podłodze, przy samej szybie i podziwiało jak „spadamy”. On mnie nigdy nie przestanie zaskakiwać…

Nie mogę też pominąć samego miasteczka Chamonix Mont Blanc. Trochę się bałam, że to będzie Zakopane na sterydach – na szczęście byliśmy mile zaskoczeni. Turystów było mnóstwo i tego się spodziewaliśmy, ale kicz nie wylewał się na ulice. Budynki były piękne, wszędzie było dużo kwiatów i bez problemu mogliśmy się porozumieć po angielsku. No i ten pomysł z pociągiem, żeby ograniczyć ruch samochodowy, też jest świetny.

Burgundia dla wyciszenia

Po tygodniu intensywnego „wypoczynku” pożegnaliśmy Alpy i spędziliśmy trzy dni w Burgundii, na farmie „pośrodku niczego”. Pomimo zachwytu górami mieliśmy potrzebę wyciszenia się i fizycznego odpoczynku. Gospodarstwo prowadziło starsze małżeństwo, powiedzieli nam, gdzie możemy chodzić, pokazali mapkę okolicy, świeżo urodzone zajączki i przedstawili swoim osłom.

Spędziliśmy tam bardzo mile czas, pozwiedzaliśmy okoliczne wioski i naładowaliśmy baterie do dalszej drogi. Co nas tam zaskoczyło to ilość domów na sprzedaż, niektóre były naprawdę okazałe i piękne, ale widać było, że nikt w nich nie mieszkał i zaczynały podupadać.

Z farmy pojechaliśmy na północ i kolejne dwie noce spędziliśmy w przyczepie do przewożenia koni, przerobionej na „chalet”. Zachwyciło nas jak na tak małej powierzchni względnie komfortowo pomieściliśmy się w cztery osoby. Atrakcją na tej farmie było nie tylko nasze spanie, ale i zwierzęta gospodarskie, które można było głaskać.

Kolejnego dnia mieliśmy zaplanowane zwiedzanie największego akwarium w Europie, Nausicaa Centre National de la Mer. Akwarium jest naprawdę olbrzymie. Podobno jest tam aż 58 000 morskich żyjątek i to jak są pokazane, robi niesamowite wrażenie. Oczywiście, jadąc w tak popularne miejsce w środku lata, musieliśmy się liczyć z tym, że będzie dużo ludzi. Na szczęście Stefek był zachwycony i skupiał się na wystawach bardziej niż na otaczającym nas tłumie.

Francję opuściliśmy z wielkim apetytem na więcej, zachwyciliśmy się różnorodnością tego kraju, pięknem popularnych miejsc i klimatem miasteczek spoza utartego szlaku. I chyba właśnie dla tych małych miejscowości, których nie ma w przewodnikach, a które zachwyciły nas inaczej, ale równie mocno jak miejsca turystyczne. Chciałbym tam kiedyś wrócić.

Do Anglii popłynęliśmy promem z Calais i po kilku godzinach jazdy przywitaliśmy się ze stęsknioną za nami Mayą, która została z naszym znajomym w Redditch. I tak zakończyły się nasze piękne, francuskie przygody, które zaplanowaliśmy, nie licząc na wiele i biorąc pod uwagę lęki i ograniczenia, jakim musimy stawiać czoła w codziennym życiu ze Stefkiem. A Stefek zaskoczył nas i samego siebie, do tego stopnia, że zażyczył sobie, że w kolejne wakacje chce znowu przejechać się na wyciągu krzesełkowym i w gondoli.

Shopping Cart
Scroll to Top