Rok szkolny w Anglii jest inaczej rozłożony niż w Polsce. Mamy 3 trymestry. Jesienny trwa od początku września do Bożego Narodzenia – w nim mamy tydzień ferii pod koniec października. Wiosenny zaczyna się po Nowym Roku, kończy na początku kwietnia – mamy kolejne tygodniowe ferie w drugiej połowie lutego. Trzeci trymestr zaczyna się mniej więcej w połowie kwietnia i kończy około 20 lipca. Pod koniec maja mamy też tygodniowe ferie. Letnie wakacje trwają krótko w porównaniu do polskich, bo około 6 tygodni. Ogólnie dzieci spędzają około 195 dni w roku w szkole. Jest to kilka dni więcej niż w Polsce, ale to jak rozłożone są dni wolne, daje wrażenie, że dzieci w Anglii mają więcej wakacji.
I te wolne dni to jest dla nas doskonała okazja do zwiedzania naszych okolic i organizowania mikroprzygód. A oto kilka przykładów naszych dotychczasowych wyjazdów, być może znajdziesz tu coś dla siebie:
Całodniowy bilet autobusowy
Kupiliśmy kiedyś całodniowy bilet na lokalne autobusy. Dało nam to możliwość spontanicznego decydowania, gdzie chcemy wysiąść. W ramach tej wycieczki pojechaliśmy najdalej, jak się dało od naszego domu. Zwiedziliśmy wtedy Lancaster, miasteczko na końcu trasy i wróciliśmy wyczerpani wieczorem. Linia autobusowa zorganizowała nam nawet nieplanowaną atrakcję, ponieważ jeden z autobusów, na który się przesiedliśmy, zepsuł się po drodze. Musieliśmy czekać na parkingu pośrodku niczego na kolejny. Na szczęście Stefek zniósł ten eksperyment dzielnie i wycieczka skończyła się happy endem. Adrenaliny całej wyprawie dodał fakt, że mogliśmy spóźnić się na ostatni autobus do domu, ale udało się nam dotrzeć na dworzec o czasie.
Wieczorna wycieczka w popularne miejsce
W lecie ubiegłego roku prosto ze szkoły pojechaliśmy nad piękne jezioro, które w ciągu dnia jest oblegane przez turystów. W weekendy nie można tam zaparkować i zawsze nam było szkoda, że nie możemy się nacieszyć tymi widokami (a chłopaki nie wstają o świcie na takie atrakcje). Wieczorem, po szkole, mieliśmy piękno i ciszę jeziora Derwent dla siebie. Zjedliśmy kanapki, pochodziliśmy, nacieszyliśmy się widokami i spędziliśmy fajnie wspólny czas.
Nieatrakcyjna plaża
Często jeździmy na mało urodziwą plażę z falochronem z wielkich głazów. Właśnie ten falochron i brak ludzi jest dla nas zaletą tego miejsca. Stefek musi ćwiczyć równowagę i wspinanie się w ramach terapii integracji sensorycznej. Plaża, głazy, zabawa, szum fal i zapach morza to świetne składniki udanego dnia z energicznymi dziećmi. Dodatkowym atutem tego miejsca są przejeżdżające obok pociągi. Żaden maszynista nie przejeżdża koło nas obojętnie, kiedy mu machamy. I żadnemu dziecku nie jest obojętny przyjacielski gwizdek przejeżdżającego pociągu.
Wał Hadriana
Dwa lata temu wpadłam na pomysł, żeby zacząć iść etapami historyczną ścieżką wzdłuż Muru Hadriana. Ścieżka ma 84 mile długości (135 km) i przebiega od wybrzeża do wybrzeża w północnej Anglii. Jej zachodnia część jest niedaleko nas. Wpadłam na ten pomysł, kiedy Antek uczył się w szkole o rzymskich wpływach na nasze okolice. Rzymianie w 122 roku zaczęli budować wał obronny mający oddzielić Imperium Rzymskie od barbarzyńców z północy. Fragmenty muru i ruiny niektórych twierdz zachowały się do teraz, a Wał jest wpisany na listę UNESCO. Co początkowo miało być tylko pomysłem na luźne dni bez planu, okazało się naprawdę ciekawym doświadczeniem. Jeszcze nie skończyliśmy trasy, a to dlatego, że podczas wycieczki odwiedzamy każdy fort, każde miejsce sprzedające lody 😉, większość muzeów, czytamy wszystkie tabliczki, robimy zdjęcia i rozmawiamy z ludźmi, którzy przyjeżdżają na ten szlak z daleka. Pomysł na aktywne spędzanie wolnych dni przerodził się w przygodę, która daje nam poczucie, że uczestniczymy w czymś większym i wyjątkowym.
Zdobywamy szczyty
W Lake District, na którego obrzeżach mieszkamy, jest 214 szczytów gór. Zostały one pieczołowicie opisane przez Alfreda Wainwrighta.
Wainwright zmarł w 1991 roku, zostawiając ludzkości w spadku bardzo dokładnie opisane i narysowane trasy na tutejsze szczyty. Jest on osobą szczególnie bliską memu sercu, ponieważ kiedy żył uważany był za znawcę regionu, ale też małomównego odludka. Opis jego zachowań sugeruje, że był on osobą autystyczną.
Zdobywanie szczytów w Lake District jest nazywane tutaj Wainwright bagging i jest popularnym wyzwaniem pośród pasjonatów górskich wędrówek. My mieszkamy blisko północnej części gór i zdobyliśmy dotychczas 21 szczytów. Na razie skupiamy się na tych najmniejszych i łatwo dostępnych, ale kondycja chłopaków rośnie wraz z wiekiem a wraz z nią nasze apetyty.
Morskie kąpiele
Mamy też szczęście mieszkać blisko morza. Ponieważ na naszym odcinku jest w miarę płytko, jest też bezpiecznie. Szczególnie lubimy wyjazdy nad morze późną wiosną i wczesnym latem, kiedy jest ciepło (jak na nasze warunki) i możemy połączyć kąpiel z podziwianiem zachodów słońca.
Morsowanie
Od czasów lockdownu zaczęliśmy wchodzić do wody przez cały rok. Nie jest to aktywność, którą mogę polecić każdej rodzinie, ponieważ wiem, że wiąże się ona ze sporym ryzykiem. Ale jeśli szukasz czegoś ekscytującego, masz pozwolenie od lekarza na tego typu przygody, to warto spróbować.
Naszej rodzinie sprawia to wiele radości. Antek właśnie skończył swoje ubiegłoroczne postanowienie noworoczne i kąpał się w otwartej wodzie w każdym miesiącu 2024 roku. W każdym miesiącu zanurzył się w wodzie po szyję. Stefek nie wchodzi w zimie głęboko, ale wchodzi po uda, co ciągle wydaje mi się sporym osiągnięciem. Moimi ulubionymi kąpielami były te, podczas których szliśmy około godziny do małego górskiego jeziorka. Chłopaki z tatą wchodzili do wody (ja robiłam zdjęcia i pomagałam się im ubierać, bo wyjściu), a potem w ramach rozgrzewki zbiegaliśmy w dół.
Góry w nocy
Mamy ulubiony szczyt w naszej okolicy – Dodd. Ma tylko 502 m n.p.m., ale byliśmy na nim chyba 20 razy. Ze szczytu widać kolejne szczyty, miasteczko, dwa jeziora i morze. Kilka razy udało się nam zobaczyć stamtąd piękne zachody słońca, które odbijały się czerwienią w taflach jezior.
Po zachodzie słońca zapadają ciemności i wtedy zaczyna się kolejna przygoda. Schodzenie ze szczytu, kiedy w górach już nikogo nie ma, w ciszy, bez włączonej czołówki (dopóki jest to bezpieczne) to doświadczenie, które pozwala zrozumieć, jak bardzo polegamy na co dzień na naszym wzroku. Kiedy wszystko dookoła wydaje się tajemnicą, nasz słuch zaczyna być dużo bardziej wyczulony na to, co dzieje się dookoła, ostrożniej stawiamy stopy, zaczynamy się zastanawiać, co jest na ścieżce i pod jakim kątem jest nachylona. Zawsze mnie też fascynuje to, że Stefek idzie w ciemnościach bardzo pewnie i nie boi się od nas oddalić. Dodam, że w naszych okolicach nie ma dużych drapieżników, więc jest bezpiecznie pod tym względem.
Geocaching
Ostatnią mikroprzygodą, którą chcę się tu podzielić, jest geocaching, czyli szukanie ukrytych „skarbów” z pomocą aplikacji. Tak naprawdę to nie są skarby, tylko ukryte pojemniki, których szukamy według mapy i wytycznych pozostawionych przez innych użytkowników aplikacji. Nagrodą za znalezienie jest zwykle satysfakcja. Po znalezieniu pojemnika z kartką trzeba się na niej podpisać. To naprawdę świetna zabawa, która zdobyła serca moich dzieci od pierwszego znaleziska. Obecnie mamy na koncie ponad 60 skarbów i często wyjeżdżając gdzieś, sprawdzamy aplikację, czy w pobliżu są jakieś ukryte „skarby”.
To tylko kilka pomysłów na to jak można spędzić dzień lub szkolne popołudnie robiąc coś ciekawego z dziećmi i samemu doświadczając czegoś nowego. Przyznaję, że często moją motywacją do wycieczek jest samolubna chęć złamania rutyny i wykorzystania ładnej pogody. Liczę też na to, że zaszczepię ten sposób myślenia moim dzieciom. Życie jest zbyt krótkie, aby czekać cały rok na urlop i szansę na przygodę.





